Moje refleksje nad najnowszymi wydarzeniami politycznymi_________________ Konrad Fischer
czwartek, 03 kwietnia 2008
PiS - powrót do korzeni

Specyfiką polskich partii politycznych jest to, że wraz z upływem czasu ulegają stopniowej degradacji. Degradacja ta przejawia się zarówno w stopniowym jałowieniu pomysłów programowych, jak i coraz mniej atrakcyjnym zapleczem kadrowym. Ta smutna prawidłowość dotyczy także Prawa i Sprawiedliwości. W apogeum swojego rozwoju w 2005 r. PiS skupiał w swoich szeregach szeroki zakres polityków o różnych poglądach politycznych. Mały klub PiS-u był najbardziej aktywnym klubem sejmowym w kadencji 2001-2005. Przede wszystkim do PiS-u przyciągała bardzo wyraźna wizja Polski utożsamiana z hasłem IV RP. Ten projekt miał na tyle dużą moc, że pozwolił PiS-owi odnieść podwójne zwycięstwo wyborcze w 2005 r.

Dziś, w kwietniu 2008 r. PiS nie posiada żadnego z atutów, którymi przyciągał wyborców w 2005 r. Słabe notowania tej partii nie są tylko wynikiem sympatii do zwycięskiej PO oraz niekorzystnego przedstawiania PiS-u przez większość mediów. Media nie sprzyjały Lechowi Kaczyńskiemu, kiedy walczył o prezydenturę z Donaldem Tuskiem, zaś od wyborów minęło już 5 miesięcy i dla większości Polaków są one już tylko historią.

Obecna taktyka PiS-u polega głównie na podtrzymywaniu antagonizmu PO-PiS na scenie politycznej, a tym samym marginalizowaniu pozostałej konkurencji. Problem w tym, że nie ma już kogo marginalizować – Samoobrona i LPR są już na śmietniku historii, SLD ma tak niskie notowania, jak nigdy wcześniej, zaś byty które miałyby powstać wokół Kazimierza Ujazdowskiego i środowiska ojca Rydzyka są czysto wirtualne, szczególnie przy obecnej ustawie o finansowaniu partii politycznych. 

Czy oznacza to, że PiS jest już partią schodząca i nie ma szans na powrót do władzy? Odpowiedź brzmi – przy zachowaniu obecnej strategii – tak, ale przy jej zmianie na lepszą -niekoniecznie. PiS wciąż posiada pewien potencjał, który przy odpowiednim wykorzystaniu może pozytywnie odbić się na jego popularności. Tym potencjałem jest po pierwsze szeroka rzesza Polaków krytycznie patrzących na polskie życie społeczne, gospodarcze, czy polityczne. Polacy chcą zmian i głosują w wyborach na partie, które im te zmiany obiecują. Trzy lata temu dla polskiego społeczeństwa niezwykle ważne były obietnice wzrostu bezpieczeństwa oraz ukrócenia korupcji. W 2007 r. te kwestie straciły na znaczeniu, stąd wzięła się przegrana PiS-u w wyborach. Wizje „drugiej Irlandii i „cudu gospodarczego” choć są obiektem żartów były efektem długotrwałej pracy specjalistów od marketingu politycznego, którzy trafnie wyczuli, że Polacy czekają na „cud modernizacyjny”. Co więcej trzeba powiedzieć, że ten szybki wzrost następuje już od 2005 r. i nic nie wskazuje na to, by w najbliższej przyszłości miał ustać. Problem tkwi w tym, że wraz z bogaceniem się polskiego społeczeństwa nie następuje reforma polskich instytucji. Nasze prawo hamuje, zamiast ułatwiać proces modernizacyjny, stąd tak duża presja Polaków na ukrócenie biurokracji i zwiększenie przejrzystości naszych instytucji.

W tym aspekcie widziałbym pierwszą szansę dla PiS-u. Choć w czasie swoich rządów PiS próbował się zmierzyć z biurokracją, to te zadanie przerosło rząd. O ile procesy likwidacji WSI, czy powołanie CBA były uprzednio przygotowane, to ukrócenie biurokracji z tzw „pakietem Kluski” były nieprzygotowane, zdecydowanie zbyt mało ambitne i napotkały na opór w resortowej biurokracji.  Dziś identyczny problem ma PO – komisja Palikota produkuje swoje pomysły od zera, zaś w ministerstwach widać już brak woli zmian. Zadaniem PiS-u powinno być przygotowanie całego projektu zmian, które pozwoliłyby na ukrócenie hamującej rozwój gospodarki biurokracji. Co więcej ten projekt powinien być potraktowany przez władze partii priorytetowo i dopracowany co do ostatniego szczegółu.

Drugim aspektem nad którym PiS powinien pomyśleć jest kwestia zaplecza kadrowego PiS-u oraz tzw „twarzy” partii. W 2005 r. największy procent głosów w jednym okręgu dostał Zbigniew Ziobro. Przyczyną tego stanu było powiązanie istotnej wówczas dla Polaków kwestii bezpieczeństwa z osobą młodego prawnika z Krakowa. Dziś twarze PiS-u muszą w większym stopniu kojarzyć się kwestiami związanymi z gospodarką. Nie będzie to zadanie łatwe, gdyż Pis-owi przypiętą „socjalistyczną” metkę, ale nie niemożliwe do realizacji. Walka z biurokracją nie wyklucza bowiem solidaryzmu społecznego, dużo bardziej popularnego od liberalizmu gospodarczego uosabianego przez podatek liniowy. Co do „materiału” na twarze to jest z nim lepiej, niż wygląda to na pierwszy rzut oka. PiS w przeciwieństwie do PO umiał przyciągnąć do siebie sporą grupę fachowców, w tym wielu młodych. Tacy ludzie jak Mirosław Barszcz, Paweł Szałamacha, Michał Krupiński, Joanna Kluzik- Rostkowska, Grażyna Gęsicka, Paweł Kowal, Maks Kraczkowski, Jan Ołdakowski, Aleksandra Natali-Świat i wielu innych powinni być twarzami PiS-u. Przykład popularności PiS-u na Salonie24 świadczy o tym, że ma on potencjał przyciągania młodych, zainteresowanych polityką ludzi. Wypromowanie takich osób jak powyższe byłoby sygnałem, że w PiS-ie jest miejsce dla młodych ideowców i fachowców, nie zaś tylko na pragmatyków politycznych. Wówczas dołączenie tej grupy młodych ludzi do PiS-u byłoby tylko kwestią czasu.

Nieprzypadkowo zatytułowałem ten felieton „PiS- powrót do korzeni”. PiS musi wreszcie przestać się oburzać na nieprzyjazne media, gdyż w ten sposób nie tylko niczego nie zmieni, ale tylko pogorszy swoją sytuację. Jeśli szuka się gdzieś błędów, zawsze trzeba zacząć od siebie.  Jeśli PiS te błędy znajdzie i wyciągnie z nich właściwe wnioski powrót do sytuacji z 2005 r. jest jak najbardziej możliwy. Jako konserwatysta z tym większą chęcią powitam powrót PiS-u do korzeni.

 

wtorek, 20 lutego 2007
Raport WSI - układ kontratakuje

Może tytuł tej notki wydawać się może radykalny, ale reakcje na publikację raportu o WSI do takiej konstatacji mnie skłoniły.

Pierwsze reakcje salonowych publicystów brzmiały podobnie: "Tam nic nie ma", "to pikuś przy CIA" itp. Czyli wielkie nic. Czyli wydawać by się mogło, że w ciągu dwóch dni zapomnimy o całej sprawie, a przynajmniej dyskutować nie będą osoby, które uważają, że nie ma o czym.

Jednakże szybko okazało się, że jednak w raporcie "coś" jest (może wcześniejsze deklaracje wynikały z tego, że komentując do raportu nawet nie zerknęli). I zaczęło się. We wszystkich mediach za autoryty służyli i służą Bronisław Komorowski (oskarżony o zaniechanie braku kontroli nad WSI) oraz gen. Dukaczewski (przewijający się w kilkunastu miejscach w raporcie jako osoba winna różnych nieprawidłowości). Komorowski lata po Sejmie wymachując artykułami z prasy rosyjskiej (kontrolowanej przez Kreml) i strasząc tym, że teraz Rosjanie wszystkiego się o nas dowiedzą. Tymczasem z raportu ewidentnie wynika, że inwigilacja WSI przez służby rosyjskie doszła tak daleko, że Rosjanie często lepiej znali sytuację w WSI niż nadzorujący je Polacy. Nic więc dziwnego, że teraz płaczą po WSI...

Nie twierdzę, że raport nie ma błędów - miejscami jest trochę przegadany, często zbyt dużą wagę przywiązuje się do zeznań weryfikowanych oficerów WSI. Jednakże w każdym demokratycznym państwie to, czego dowiedzieliśmy się z raportu, byłoby usprawiedliwieniem rozwiązania WSI. I nie jest to tylko kwesta mafii paliwowej i handlu bronią, lecz także dziesiątek innych nieprawidłowości.

Co do komentarzy naszej sceny politycznej najsmutniejsza jest reakcja PO. Oprócz Rokity dominuje pogląd, że już nie tylko raport był błędem, ale samo rozwiązanie WSI. Tymczasem partia ta rozwiązanie WSI miała w swoim programie (choć faktycznie był to program Rokity), ale także głosowała z ustawą o rozwiązaniu WSI, a więc zgodziła się na ten sposób rozwiązania WSI. Jest to kolejny etap odchodzenia PO od haseł IV RP.

Na szczęście dziś nie jest już możliwa druga nocna zmiana. Dziś układ może co najwyżej głośno jazgotać, jednakże jego wpływ na politykę jest dużo mniejszy. Słowa Wałęsy o durniach są najlepszym przykładem bezradności elit III RP. Niech to pozostanie jako pozytyw obecnej sytuacji.

niedziela, 18 lutego 2007
Radny Samoobrony inicjatorem seksafery

W świetle ujawnionej rozmowy byłego radnego Samoobrony ze swoim znajomym wychodzi na to, że celem wywołania seksafery było obalenie rządu. Były radny był współautorem artykułu, który wszczął całą aferę. Jak powiedział w nagranej rozmowie "mam nadzieję, że rozp....rzy się koalicja w Polsce". Jeśli dodamy do tego wypowiedź Anety Krawczyk dla dzisiejszych Wiadomości, w której nie chce mówić o inspiracji afery, bo znów będzie mowa o zamachu stanu, to sprawa się uprawdopodabnia.

Oczywiste jest, że to wszystko nie wymazuje haniebnych sytuacji jakie miały miejsce w Samoobronie. Prokuratura działa sprawnie i już niedługo możemy spodziewać się kolejnych aktów oskarżenia.

Jednakże zupełnie inną sprawą jest polityczna inspiracja tej afery. Dziś widać, że nieprzypadkowo redaktorzy GW otwarcie mówią, że celem gazety jest "odsunięcie Samoobrony od władzy w Polsce" (a co za tym idzie upadek rządu Kaczyńskiego, ale o tym się tak otwarcie nie mówi). Jak widać w tym celu GW świadomie stała się  narzędziem walki politycznej.

Drodzy dziennikarze GW, powiedźcie proszę dlaczego nie ujawniacie autorów artykułów z pierwszych stron gazet???

 

W ramach uzupełnienia - jest godz. 12.20, a na portalu gazeta.pl wciąż ani wzmianki o powyższym wątku. Dla porównania to jedna z najważniejszych wiadomości na dziennik.pl,  onet.pl i interia.pl ....

czwartek, 15 lutego 2007
Putin a sprawa polska

Najpopularniejszy ostatnio wzór do porównań z Jarosławem Kaczyńskim przypomniał o sobie całemu światu. Na konferencji w Monachium powiedział to, co Rosja i tak w praktyce robi od dawna. Pokazał, że Rosja nie może pogodzić się ze stratą wielkomocarstwowej pozycji. Nagle światowe media przypomniały sobie o zimnej wojnie. W takim razie ta wojna trwa już od dawna, gdyż od początku kadencji Putina Rosja stara się odbudowywać dawne imperium.

Ale wracając do tematu - myślę, że dla polskiej polityki takie słowa Putinma mogą być ozdrowieńcze. Ostatnio bowiem coraz częściej wielu polityków opozycji i salonowych komentatorów mówi o tym, że trzeba liczyć się ze zdaniem Rosji, używać języka dialogu, krótko mówiąc wrócić do złotych czasów epoki Kwaśniewskiego, który na kolanach jeździł do Moskwy.

Osoby te nie widzą, albo nie chcą widzieć, że stosunki polsko - rosyjskie muszą być złe, jeśli chcemy zachować suwerenność. Strategicznym celem Rosji jest ekspansja i Polska z racji położenia geograficznego zawsze będzie celem tej ekspansji. Oczywiście nie militarnej, lecz ekonomicznej. W tym celu Rosja musi złamać solidarność Unii Europejskiej, czemu służy choćby słynny gazociąg bałtycki. Później będzie już z górki.

Jakie wnioski płynąz tego dla polskiej polityki zagranicznej?

 Po piewrsze celem powinno być wzmacnianie pozycji Polski wewnątrz UE - choćby przez stworzenie sojuszu z innymi nowymi członkami Unii.

Po drugie akcentowanie znaczenia solidarności wewnątrzunijnej. Elementem tego było postawienie weta dla negocjacji energetycznych z Rosją, a także sprzeciw wobec budowy gazociągu bałtyckiego. Najważneijesze będzie jednak takie opracowanie treści nowego traktatu unijnego, który instytucjonalnie wzmacniałby solidarność unijną.

Trzecim wnioskiem jest twarda polityka wobec Rosji, nawet jeśli będzie się spotykać z różnymi restrykcjami ze strony Rosji. Nigdy w historii kraj ten nie uległ innym argumentom, niż argumenty siły. O tym nie wolno nam zapomnieć rozważając kwestię umiejscowienia w Polsce tarczy antyrakietowej.

czwartek, 08 lutego 2007
Rewolucja, czy rekonstrukcja?
O rekonstrukcji rządu mówiło się od miesiąca. Na ustach wszystkich znajdowali się ministrowie Polaczek, Wiechecki, Kalata, Woźniak. Tymczasem doszło tylko i aż do 2 zmian. Tego, że z rządu odejdą Sikorski i Dorn nikt się nie spodziewał. Dlaczego akurat te 2 ministerstwa?
poniedziałek, 08 stycznia 2007
Jest nadzieja na odnowę

Niestety nadzieja na odnowę polskiego Kościoła nie wynika z refleksji polskich dostojników, lecz z postawy papieża Benedykta XVI. Gdy zostawał papieżem głośne były głosy, że odtąd polski Kościół będzie musiał sobie radzić sam. Niestety szybko okazało się do czego doprowadził brak debaty wśród polskiego episkopatu na temat rozliczenia przeszłosci.

Nasi hierarchowie początkowo wierzyli w obietnice Kiszczaka, że ten zniszczył akta na temat Kościoła. Ale już w 2004 r. gdy na jaw wyszła sprawa ojca Hejmo powinni zdać sobie sprawę z tego, że zostali oszukani. Tymczasem przez ponad 2 lata szli w zaparte nie robiąc kompletnie nic w nadziei, że wszystko skończy się dla nich dobrze. A w tym czasie mieliśmy przecież upadki autoryteta GW księdza Czajkowskiego,czy księdza Malińskiego. Gdy ksiądz Isakowicz-Zaleski zaczął robić to, co powinien robić cały Kościół, został powielokroć upokorzony. Przez większość dostojników - Glempa, Dziwisza, Pieronka, Życińskiego.

Dziś na kilka miesięcy przed wydaniem książki Isakowicza-Zaleskiego jest oczywiste, że metoda przez niego obrana będzie najmniej dla Kościoła dotkliwą. Nikt inny przed opublikowaniem informacji o współpracownikach SB nie będzie listownie prosił ich o opinię.

 Czy polski Kościół zda sobie z tego sprawę? Na pewno znaczenie ma jasny sygnał ze strony papieża o konieczności rozliczenia przeszłości. Choć mam duże wątpliwości, czy nasi hierarchowie nawet przymuszeni zdołają dokonać tego, co konieczne.

Jest nadzieja na odnowę

Niestety nadzieja na odnowę polskiego Kościoła nie wynika z refleksji polskich dostojników, lecz z postawy papieża Benedykta XVI. Gdy zostawał papieżem głośne były głosy, że odtąd polski Kościół będzie musiał sobie radzić sam. Niestety szybko okazało się do czego doprowadził brak debaty wśród polskiego episkopatu na temat rozliczenia przeszłosci.

Nasi hierarchowie początkowo wierzyli w obietnice Kiszczaka, że ten zniszczył akta na temat Kościoła. Ale już w 2004 r. gdy na jaw wyszła sprawa ojca Hejmo powinni zdać sobie sprawę z tego, że zostali oszukani. Tymczasem przez ponad 2 lata szli w zaparte nie robiąc kompletnie nic w nadziei, że wszystko skończy się dla nich dobrze. A w tym czasie mieliśmy przecież upadki autoryteta GW księdza Czajkowskiego,czy księdza Malińskiego. Gdy ksiądz Isakowicz-Zaleski zaczął robić to, co powinien robić cały Kościół, został powielokroć upokorzony. Przez większość dostojników - Glempa, Dziwisza, Pieronka, Życińskiego.

Dziś na kilka miesięcy przed wydaniem książki Isakowicza-Zaleskiego jest oczywiste, że metoda przez niego obrana będzie najmniej dla Kościoła dotkliwą. Nikt inny przed opublikowaniem informacji o współpracownikach SB nie będzie listownie prosił ich o opinię.

 Czy polski Kościół zda sobie z tego sprawę? Na pewno znaczenie ma jasny sygnał ze strony papieża o konieczności rozliczenia przeszłości. Choć mam duże wątpliwości, czy nasi hierarchowie nawet przymuszeni zdołają dokonać tego, co konieczne.

czwartek, 04 stycznia 2007
Przykro patrzeć...

Przykro patrzeć, gdy widzi się postępującą degrengoladę polskiego episkopatu. Kościół już od ponad roku stoi przed problemem lustracji hierarchów. Jednakże sprawa biskupa Wielgusa obnażyła słabość i co ważne amoralność całego episkopatu. Po publikacjach Gazety Polskiej słyszeliśmy ze strony prymasa Glempa o bezczelnych lustratorach i biednych pokrzywdzonych księżach. Skądś znamy te teksty… niestety tym samym językiem posługuje się Gazeta Wyborcza. Dziś to samo mówią ręka w rękę ksiądz Rydzyk i biskup Życiński.

Takie osoby jak ksiądz Sakowicz-Zaleski można policzyć na palcach jednej ręki. Tymczasem tylko taka postawa może uchronić kościół przed tym, co nieuniknione. Teczki z IPN i tak ujrzą światło dzienne, tyle że następnym razem mogą to zrobić dziennikarze NIE. A wtedy nikt nie zakaże im  udzielania wywiadów. Kościół który przecież sam głosi, że prawda nas wyzwoli, w rzeczywistości sam tej zasady nie respektuje. Nieświadomie zbliżając się do granicy z której nie będzie już odwrotu. Granicy zaufania wiernych.

Sama współpraca Wielgusa z SB nie byłaby aż tak poważna, gdyby nie wypieranie się przez niego tej współpracy. Jak się okazuje wbrew oczywistym faktom – choćby podwójnym zobowiązaniu do współpracy. To dodatkowo stawia pod znakiem zapytania jego moralne prawo do reprezentowania całego polskiego kościoła. Oczywistym rozwiązaniem tej sytuacji jest rezygnacja biskupa Wielgusa z ingresu. Tylko czy znajdzie on sobie na tyle odwagi, by choć w części naprawić krzywdę, jaką wyrządziłby polskiemu kościołowi?

 

 

sobota, 09 grudnia 2006
Nieudany zamach stanu

Inaczej nie da się opisać tego, co zrobiła Gazeta Wyborcza. Zapłaciła Anecie Krawczyk duże pieniądze i wymyśliła historyjkę o nieślubnych dzieciach, próbach usunięcia ciąży za pomocą weterynarza, problemach seksualnych Leppera.

Pytanie co teraz? Z pewnością zieleni ze wstydu są publicyści i politycy (ze szczególnym uwzględnieniem przebierającej nóżkami w oczekiwaniu na władzę PO). Ale jest to też kompromitacja całej histerii wymierzonej w obecny rząd podsycanej przez salonowe media.

Teraz już bez względu co będą pisać nikt rozsądny nie będzie w to wierzył. Teraz już każde oskarżenie, nawet zgodne z rzeczywistością będzie ignorowane w związku z lex Krawczyk. Kwestią czasu było to, kiedy salonowe media z braku rzeczywistych afer wymyślą własną, byle jak najszybciej odsunąć Kaczyńskich od władzy. Sex-gate była aferą idealną,w końcu wystarczy popatrzeć na Łyżwińskiego i Leppera i można uwierzyć w słowa Anety Krawczyk, zdesperowanej kobiety na skraju załamania nerwowego, na jaką kreowały ją wspierające GW media. I choć wielu pisało, że zastanawiające jest zeznanie majątkowe Anety K., że na trudne pytania nie odpowiadała zasłaniając się swoją "trudną " sytuacją, to wszyscy już tylko spekulowali KIEDY - kiedy Kaczyński wyrzuci Leppera z rządu i zarządzi nowe wybory. A po nich PO będzie mogło RAZEM z SLD przywrócić zasłużoną III RP.

Całe szczęście, że kłamstwo ma krótkie nogi. A ci, co jeszcze dzisiaj mówili o kolejnej "największej kompromitacji w dziejach polskiego parlamentaryzmu" nie siedzą cicho w - wasz czas się skończył.

sobota, 02 grudnia 2006
Rokity w PO dni ostatnie???
Czytając list Rokity do Tuska oraz dzisiejszy wywiad w Dzienniku z Mazurkiem można dojść do wniosku, że Rokita poszedł drogą wskazaną przez Kaczyńskiego - wóz, albo przewóz. W liście czarno na białym Rokita wystosował ultimatum do lidera PO. Żąda niby tylko dwóch rzeczy, ale jedna z nich jest zasadnicza w obecnej sytuacji PO. Otóż Rokita domaga się odcięcia przez PO od wszelkich sojuszy z postkomunistami. Walczy w ten sposób nie tylko o swoją pozycję w partii, ale i o poparcie dla całej PO. Tusk nie dostrzega bowiem zagrożenia tkwiącego w zbliżaniu się do lewej strony sceny politycznej. Nie przekona on nigdy wyborców lewicy, którzy są liberalni socjalnie i socjalistyczni gospodarczo. A zasadnicza walka rozgrywa się o elektorat. Za to z PO odejść może elektorat, który niedawno zdobyła - konserwatywnych mieszkańców miast. Wprawdzie Rokita w PO jest samotny, ale stoi za nim duża część elektoratu tej partii. Wraz z  jego odejściem z platformy część z tych osób przejdzie do ewidentnie łagodzącego swój wizerunek PiS-u. Czy Tusk to sobie uświadomi, czy też kierować się będzie głosem doradców w stylu Schetyny, którzy marzą o pozbyciu się ostatniego silnego lidera, który mógłby zagrażać Tuskowi. Przyszedł czas wyboru, już się nie da przez następny rok uciekać.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Sonda Jaka funkcja byłaby najlepsza dla Kazimierza Marcinkiewicza?
Minister gospodarki
Minister oświaty
Premier
Prezydent
Rzecznik rządu
Nauczyciel fizyki
Żadna z powyższych